Nic więc dziwnego, że ten objaw choroby staje się potrzebny wszystkim domownikom, bowiem póki on istnieje, nic się nie zmieni. Nie będzie bolesnych przesileń kryzysu i wyczerpującej walki o nową równowagę. Wszystko pozostanie tak, jak jest, a więc w miarę znajome i bezpieczne. Aby tak się stało, rodzina zmobilizuje siły, aby „leczyć" dotkniętego objawem choroby członka i tym samym utwierdzać go w roli „chorego" lub „problemowego", nic jednocześnie nie zmieniając w swojej wewnętrznej sytuacji, która przecież objaw wywołała. Dzięki temu „leczenie" jest z reguły długie i na ogół bezskuteczne, a inni domownicy nawet chętnie godzą się wziąć w nim udział i lepiej dopilnować, by „pacjent" przypadkiem nie wyzdrowiał. Oczywiście, ogromna część opisanych tu działań członków systemu rodzinnego nie ma nic wspólnego ze świadomie podejmowanymi decyzjami i na zimno wykalkulowanym postępowaniem. Wynika ono w większości przypadków z wypartych, poza świadomych, osobistych motywów. Na poziomie świadomości wszyscy są przekonani, że jedynym celem ich działania jest niesienie ulgi i pomocy nękanemu przez objaw nieszczęśnikowi.