Niestety, nie są to bynajmniej pytania paradoksalne. Dotyczą one bowiem spraw jak najbardziej realnych i konkretnych. W każdej rodzinie na pewnym etapie jej ewolucji może ukształtować się stan równowagi w postaci permanentnego, pełnego napięć kryzysu (o takich sytuacjach piszę szerzej w jednym z dalszych rozdziałów). W każdym też systemie rodzinnym jest zawsze najsłabszy, najmniej odporny na te napięcia element (bardzo często jest to dziecko), który najłatwiej i najszybciej reaguje na nie objawami. Fakt „załamania się" owego słabeusza, czyli wystąpienie u niego symptomów i pojawienie się konieczności jego szeroko rozumianego leczenia, jest z reguły zdarzeniem pozwalającym reszcie członków rodziny uciec od wspomnianej, nabrzmiałej, kryzysowej sytuacji i skupić się na jego chorobie lub problemie. Dzięki temu w rodzinie ustala się nowy stan równowagi, w którym spodziewane bolesne konsekwencje rozładowania istniejących w niej napięć zostają co najmniej odsunięte w czasie. Powiemy wtedy, że w rodzinie zadziałał homeostatyczny mechanizm objaw choroby jednego z jej członków umożliwił podtrzymanie istniejącej w niej równowagi bez ryzyka poniesienia groźnych konsekwencji jej zachwiania.