Rodziców zaś obawa o szeroko rozumiane bezpieczeństwo zrewoltowanego potomstwa, a także sprzeciw wobec nagłej utraty wpływu na jego postępowanie, popycha w kierunku współdziałania we wzmożeniu kontroli i nadzoru nad dziećmi. To staje się znów zarzewiem „konfliktu pokoleń" (o którym szerzej w drugiej części książki). Mając sojusznika, raźniej przystępujemy do naszej rozgrywki, osiągamy to, o co nam chodzi, i sprzymierzeniec staje się zbędny. Jednocześnie pojawia się do „przewalczenia" inna sprawa, w której bardziej pożądany byłby inny „koalicjant". Cóż więc robimy? Ano bez mrugnięcia okiem zdradzamy dotychczasowego wspólnika i puszczając go w trąbę, zawiązujemy nową koalicję. W praktyce wygląda to w sposób np. taki: W określonej sprawie (powiedzmy dotyczącej zakupu nowych mebli do pokoju córki) nastoletnia córka i matka występują przeciwko ojcu, który uważa, że nie jest to najpilniejszy wydatek w ich rodzinie. Córka, czując wsparcie „koalicjantki" (matki), poczyna sobie dzielnie i atakuje ojca coraz ostrzej. Budzi to w pewnym momencie zaniepokojenie matki, która przewiduje, że w przyszłości ona sama może stać się obiektem takiego ataku. Zdradza więc córkę i przechodzi na stronę ojca, mówiąc: „No dobrze, meble meblami, ale ty sobie tak w stosunku do ojca nie pozwalaj".